Serce nie sługa – Rozdział 10. Gdzie serce twoje

10.

obudziła się o świcie. Od kiedy groźba utraty domu zawisła nad jej rodziną, señora źle sypiała. Trzeci raz z rzędu męczyły ją koszmary z żołnierzami w roli głównej, dlatego gdy otworzyła oczy i zobaczyła, że jest już jasno, uznała, że nie ma sensu próbować zasnąć ponownie, skoro i tak nie udaje jej się odpocząć.

Zeszła do kuchni i poprosiła kucharkę o kawę. Już miała przejść do jadalni, gdy jej uwagę przykuły dwie sylwetki widoczne za oknem.

Señora Clara, czy śniadanie też podać? – zapytała stara . Pani domu nie odpowiedziała. Wpatrywała się w widok za szybą. Dwójka ludzi rosła w oczach, widać już było, że jedno z nich niesie kogoś trzeciego, kogoś mniejszego.

Señora?

Clara spojrzała w końcu na kucharkę z roztargnieniem w ciemnych oczach.

– Tak… nie! Nie, Pilar, wstrzymaj się z tym śniadaniem!

I wybiegła z kuchni.

*

– Właśnie tak wygląda robienie czegokolwiek z dziećmi – narzekał Monastario, poprawiając śpiącego w jego ramionach Javiera. – Wyrywają się do wszystkiego, a potem trzeba to za nie kończyć i jeszcze je nosić.

Emiliana westchnęła ciężko.

– Kapitanie, na miłość boską, on ma tylko siedem lat! I tak trzymał się dzielnie przez całą noc. Przeszedł z nami naprawdę kawał drogi, grozili mu bandyci, musiał uciekać ciemnym tunelem.

– I zmęczył się akurat na sam koniec, gdy już było po wszystkim i czekał go tylko nudny powrót do domu – zauważył komendant zjadliwie.

– Bo opadły z niego emocje i poczuł się bezpiecznie – odparła dziewczyna zmęczonym tonem. – Ależ pan jest podejrzliwy. Nawet dzieci posądza pan od razu o najgorsze.

– To nie podejrzliwość, tylko doświadczenie – burknął oficer. – Moja siostrzenica jest taka sama. Za każdym razem, gdy ich odwiedzałem, ciągnęła mnie na jakieś wycieczki. Najpierw ciężko było za nią nadążyć, a potem jęczała, że nie dojdzie do domu.

Emiliana uśmiechnęła się i spojrzała ciepło na kapitana.

– I co, wujek Enrique brał na ręce? – zapytała wesoło.

– Nie miał innego wyjścia – odparł Monastario cierpko. – Próbowałem iść dalej, pewien, że nie zechce zostać sama i mnie dogoni, ale bardzo uparcie siedziała nawet na gołej ziemi, aż po nią nie wróciłem.

zaśmiała się.

– Widać upór to cecha dziedziczna w pańskiej rodzinie. – Popatrzyła na kapitana zadziornie. Komendant zmrużył oczy.

– Przyganiał kocioł garnkowi, .

Byli już bardzo blisko hacjendy, gdy drzwi wejściowe otworzyły się i señora Cabrera wybiegła im naprzeciw. Narzucony na suknię szal zsuwał jej się z ramion.

Señor comandante! Emiliana! – Patrzyła gorączkowo to na nich, to na swojego synka. – Co z Javierem? Co się stało? Czy coś mu jest?

– Spokojnie, señora! – Emiliana pospiesznie położyła jej dłoń na ramieniu. – Chłopiec tylko zasnął nam po drodze.

– Zmęczyły go poszukiwania skarbu – mruknął Monastario. Clara zmarszczyła brwi.

– Poszukiwania skarbu? – powtórzyła, zdezorientowana. de La Vega potrząsnęła trzymanym w ręku workiem, który brzęknął bardzo obiecująco.

Señora Clara, mamy dla ciebie ciekawą historię. I bardzo dobre wieści.

*

Siedzieli we troje w salonie Cabrerów, popijając kawę. Kucharka podała im wczesne śniadanie. Monastario opowiadał o poszukiwaniach skarbu w wersji dostosowanej dla uszu Clary. Emiliana zauważyła, że tylko lekko zmieniał albo pomijał niektóre szczegóły, tak, by się wybielić i uniknąć tłumaczenia się z niektórych kontrowersyjnych decyzji. Na przykład w opowiadanej przez niego historii to on i wykradli lichwiarzowi puchar, a skarbu mieli pójść szukać sami.

– Chłopak samowolnie wykradł się z domu i dołączył do nas w piwnicy. Nie mieliśmy możliwości go odprowadzić, bo señor nas zaskoczył i uciekliśmy przed nim tunelem.

Ciekawe – pomyślała Emiliana – jak łatwo mu przychodzi przedstawienie zdarzeń w taki sposób, że nie można mu niczego zarzucić.

Czuła się jednak zbyt senna, by dłużej to rozważać. Dalsza część historii pozostała niezmieniona. Emiliana odwracała uwagę lichwiarza, Monastario z chłopcem uciekali. Komendant ukrył Javiera w grocie i sam rozprawił się z Ortizem i jego pomocnikami, ratując życie señoricie, jak na bohatera przystało.

– Przekonaliśmy się, że skarb istnieje – kończył kapitan. – Kosztowności faktycznie robią wrażenie, ale myślę, że to spodoba ci się najbardziej, señora.

Wydobył z kieszeni starannie złożony papier i podsunął Clarze. Kobieta spojrzała na niego pytająco, ale rozprostowała dokument i przeczytała. Gdy skończyła, podniosła na oficera pełne niedowierzania oczy.

Señor comandante – wyszeptała. – Señor comandante, czy to znaczy…?

Monastario uśmiechał się z lekką wyższością i samozadowoleniem.

– Zachowujecie ziemię, señora. Nikt nie ma prawa was stąd wyrzucić, mieszkacie tutaj zgodnie z przepisami.

Clara zakryła usta ręką, a z jej gardła wydobył się stłumiony ni to szloch, ni to śmiech. Chwilę później chwyciła dłoń komendanta i ucałowała jego palce.

Muchas , señor capitán! – zawołała. – Muchas gracias!

Oficer wpatrywał się przez chwilę bez słowa przed siebie, jak gdyby zaskoczony tym wybuchem szczerej, niepohamowanej, zupełnie nieprzystającej szlachetnie urodzonym radości.

–  De nada, señora – powiedział cicho. – Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, mam serce.

I spojrzał prosto na Emilianę. Dziewczyna przełknęła ślinę. Dobrze wiedziała, który z donów uczynił kapitanowi ten zarzut.

W tym momencie do salonu wszedł Francisco Cabrera.

Señor comandante, Emiliana. – Przenosił zdziwione, zdezorientowane spojrzenie z gości na żonę. Clara poderwała się z miejsca i rzuciła w jego stronę.

! – Ujęła dłonie męża. – Dobre wieści. Najlepsze wieści! Jesteśmy uratowani, zachowujemy dom!

– Co takiego? – Francisco zmarszczył czoło i zamrugał. – Ale… ale jak to? Co się stało?

Popatrzył pytająco na kapitana.

– Znalazł się akt własności, señor – odparł Monastario i przesunął po stole dokument. Francisco odsunął delikatnie żonę i podszedł bliżej. Wziął papier do ręki, a potem przeczytał dwa razy. Zagubienie zmieniało się na jego twarzy w pełną trwogi i niedowierzania radość.

– Skąd… – zaczął ochryple, podnosząc wzrok na komendanta i señoritę. – Skąd to macie?

Emiliana uśmiechnęła się do niego szeroko znad filiżanki kawy.

– Znaleźliśmy legendarny skarb Miguela, señor.

Francisco aż otworzył usta ze zdumienia i długą chwilę nie mógł wypowiedzieć ani słowa. Clara podeszła i ujęła go za ramię.

– No, mówiąc zupełnie precyzyjnie, to skarb odnaleźli pan kapitan i nasz Javier – powiedziała, rzucając Emilianie bardzo znaczące spojrzenie. – przyjechała do nas z samego rana, bo…

– …bo odkryłam jeszcze jedną wskazówkę! – wpadła jej w słowo dziewczyna, pojmując, że Clara właśnie próbuje ratować jej reputację. – I chciałam ją przekazać Javierowi. Ale poradził sobie bez niej. – Spojrzała na komendanta. Sprawnie ukrył zaskoczenie taką wersją wydarzeń, wydając się rozumieć, o co chodzi. – W każdym razie skarb istnieje i mamy go tutaj.

Clara i Francisco pochylili się, żeby obejrzeć złoto i kosztowności. Emiliana chętnie popatrzyłaby jeszcze na ich radość, ale interwencja señory Cabrery przywróciła ją do rzeczywistości. Wstała.

– Muszę już iść – oznajmiła. – Nie powiedziałam ojcu, dokąd jadę. Spał jeszcze, gdy wychodziłam, może się martwić. Przekażę mu od razu dobre wieści.

Monastario również się podniósł i wyglądał, jakby chciał ją odprowadzić, ale w tym momencie Francisco zaczął zadawać mu pytania na temat skarbu i poszukiwań. Clara wzięła ją pod ramię i wyprowadziła z salonu.

Señora – szepnęła Emiliana – czy mogłabym pożyczyć konia? Przyjechałam z kapitanem Monastario na jednym – dodała, czując, że płoną jej policzki. Señora Cabrera uśmiechnęła się szeroko. W ciemnych oczach zatańczyły jej wesołe iskierki. Bardzo przypominała teraz swojego synka.

– Oczywiście, Emiliana. Zaraz każę komuś ze służby zaprowadzić cię do stajni.

Dziewczyna westchnęła.

– Stokrotne dzięki, señora. Ratujesz mnie po raz drugi.

Clara machnęła niedbale ręką.

– Och, ja tylko się odwdzięczam – żachnęła się. – , przecież to wszystko dzięki tobie! To ty uwierzyłaś Javierowi, gdy zanudzał wszystkich starą legendą. Ty zaangażowałaś się w poszukiwania i namówiłaś do nich kapitana! Jestem pewna, że bez ciebie oni dwaj nie znaleźliby żadnego skarbu.

Emiliana spuściła wzrok.

– Nie pomyślałam tylko, jak to będzie wyglądać – przyznała. – Byłam z nim przez całą noc sama, jeśli nie liczyć Javiera! Gdyby ojciec się dowiedział… gdyby ktokolwiek się dowiedział…

Clara ścisnęła ją za ręce.

– Ale nie dowie się – odparła stanowczo. – Wytłumaczę Javierowi, jaką wersję historii ma opowiadać innym. nie dostanie więcej plotek na wasz temat. Nie od nas.

Emiliana uśmiechnęła się z wdzięcznością.

Señora, jestem twoją dłużniczką.

– W zamian za to żądam jedynie zaproszenia na wesele – odparła Clara, mrugając do señority wesoło. Zerknęła w stronę salonu, a potem nachyliła się do dziewczyny. – Tak z bliska to on naprawdę jest bardzo przystojny! – szepnęła konspiracyjnie.

– Oj, jest. – Emiliana westchnęła z rozmarzeniem i obie zaśmiały się cicho.

*

Pierwszą rzeczą, jaką odnotował zaraz po przebudzeniu, był głód. Od kiedy objął stanowisko komendanta, porcje przysyłane z tawerny dla żołnierzy stały się żałośnie małe. Sierżant wielokrotnie musiał ratować się spacerami do gospody i dodatkowymi zamówieniami na własny koszt, na co, niestety, nie zawsze pozwalał mu skromny żołd.

Drugą rzeczą była nieobecność komendanta, o której doniósł mu kapral .

– Nie ma go, to nie ma! Widać schadzka mu się przeciągnęła – orzekł Garcia, wzruszając ramionami, zupełnie niezmartwiony. – Czemu jeszcze tu stoisz, kapralu? Aż tak tęsknisz za byciem nazwanym idiotą, niegodnym służenia w hiszpańskiej armii?

Żołnierz aż się wzdrygnął na samą myśl.

– Och, nie, sierżancie. Ja sobie tylko pomyślałem – oznajmił ze zwykłą flegmą – że skoro komendanta nie ma, to wystygnie mu śniadanie.

Garcia spojrzał na niego, nic nie rozumiejąc.

– I? – zachęcił kolegę do wyjaśnienia myśli.

– I może ktoś z nas powinien je zjeść, żeby się nie zmarnowało – dodał Reyes, patrząc na sierżanta znacząco.

– Kapralu! – Garcia aż otworzył usta z oburzenia. – To jest śniadanie pana komendanta i tylko on będzie je jadł. Bez względu na to, czy wystygnie, czy nie!

– Ale sierżancie – próbował protestować Reyes.

– Dostałeś swoją porcję, kapralu?

– Tak, ale…

– To idź się nią zająć!

– Ale ona jest mała, sierżancie!

Garcia przewrócił oczami.

– To kup sobie coś w tawernie, póki komendant nie wrócił.

– Sierżancie, to może pan mi kupi? – zaproponował kapral.

– Ja! – Gruby żołnierz oburzył się po raz drugi. – Też pomysł!

– Nie oddał mi pan jeszcze pieniędzy za wino, które postawiłem panu w zeszłym tygodniu – przypomniał żołnierz. Twarz Garcii przybrała na chwilę wyraz zakłopotania.

– Ja… teraz nie mogę, kapralu – oznajmił po namyśle. – Muszę iść pilnować… śniadania komendanta!

I nie czekając na odpowiedź Reyesa, odmaszerował z ważną miną do biura przełożonego. Podsunięta przez kaprala myśl nie dawała mu jednak spokoju. Na śniadanie były słodkie, chrupiące churros.

Jak wystygną, rzeczywiście nie będą już takie dobre ­– pomyślał sierżant. Zajrzał dyskretnie do porcji dla komendanta i westchnął. Oczywiście, tak jak przypuszczał, była większa niż te przeznaczone dla reszty garnizonu.

Braku jednego kapitan na pewno nie zauważy – uznał Garcia i sprawnie rozprawił się z pierwszym kawałkiem przysmaku. Potem, zupełnie nie wiedzieć kiedy, przyszła pora na trzy kolejne. Gdy jadł piąty, usłyszał odgłosy otwieranej bramy, tętent konia i ostry, władczy głos komendanta pokrzykującego na żołnierzy. Pospiesznie otrzepał palce z cukru i wybiegł na zewnątrz.

– Garcia!

Monastario nigdy nie zwracał się do niego inaczej, jak niecierpliwie i ze złością. Sierżant zawsze zastanawiał się wtedy, co zrobił nie tak tym razem. Wyprężył się w salucie.

– Słucham, señor comandante! – Spojrzał na przełożonego i oniemiał. – Panie komendancie – wyjąkał po chwili, wpatrując się w oficera szeroko otwartymi oczami. – Co się panu stało?

Zazwyczaj nieskazitelny mundur kapitana był pochlapany z przodu krwią, jak gdyby Monastario wracał z rzeźni.

– O czym ty mówisz? – Komendant ściągnął brwi, a potem spojrzał na swoje ubranie. – A, to. Walczyłem z bandytami, sierżancie – wyjaśnił, bardzo z siebie zadowolony.

Garcia otworzył oczy jeszcze szerzej.

– Z bandytami? – powtórzył. Teoria o schadzce przestawała być prawdopodobna.

– Tak. – Monastario westchnął ciężko i spojrzał na podkomendnego z politowaniem. – Rozumiem, że takie rzeczy są panu i reszcie garnizonu zupełnie obce.

Garcia spuścił wzrok z zakłopotaniem. Byli spokojnym, niedużym pueblo. Czego kapitan się tu spodziewał, pola bitwy?

– Garcia, weźmiesz ludzi i wóz, i pojedziecie po trupy – mówił dalej komendant. Sierżant zamrugał.

– Po trupy? – upewnił się, lekko zaniepokojony. Zimne oczy przełożonego błysnęły złowrogo.

– Po walce z wrogiem zazwyczaj zostają trupy – warknął. – Słuchaj. Pojedziecie na posiadłość Cabrery. Na prawo od hacjendy jest piwnica. Kierujcie się od niej na południowy wschód, a potem… – Urwał. Garcia wpatrywał się w niego w skupieniu, starając się z całych sił jeśli nie zrozumieć, to przynajmniej zapamiętać. – Nie no, kogo ja chcę oszukać? – mruknął kapitan, nagle zrezygnowany. – Sierżancie, zbierz trzech ludzi, przyszykujcie wóz. Przebiorę się i jedziemy.

– Panie komendancie – odezwał się Garcia nieśmiało. – A… a śniadanie?

Monastario jęknął i ukrył twarz w dłoniach.

– Garcia, z tak wysoko umieszczonym w swojej hierarchii wartości pożywieniem powinieneś zostać kucharzem, a nie żołnierzem! – powiedział. – Dobrze, niech będzie. Naszykuj mi tylko kąpiel i możecie sobie zjeść to śniadanie.

, comandante! – Rozpromienił się żołnierz. Przełożony zasalutował mu niedbale i zniknął w swojej kwaterze. Garcia chciał jeszcze dopytać, co to za worek przywiózł ze sobą kapitan, ale doszedł do wniosku, że może lepiej nie drażnić komendanta, skoro cudem udało się uzyskać tak korzystną decyzję. Szedł już zorganizować balię z wodą, gdy w biurze kapitana rozległ się wściekły ryk. Sierżant westchnął i zwiesił głowę. Usłyszał swoje nazwisko.

– Sierżancie. – Rozzłoszczony Monastario wypadł z powrotem na podwórze. – Zmieniłem zdanie – oznajmił lodowatym tonem. – Skoro jesteś już po śniadaniu, i to w dodatku nie swoim, jedziemy od razu.

– Tak jest, panie komendancie – odparł Garcia smętnie.

– I obcinam ci za to żołd – dodał kapitan. Sierżant spojrzał na przełożonego z przerażeniem.

– Ależ señor comandante! – zaprotestował z błagalną nutą w głosie. Monastario zmarszczył groźnie brwi.

– Ciesz się, że nie rękę, ty bezwstydny złodzieju! – odparł i trzasnął drzwiami kwatery.

*

Emilianie udało się dyskretnie odesłać sługę z koniem Cabrerów, zanim spotkała się z ojcem w hacjendzie. Opowiedziała mu o odnalezieniu skarbu, w którym znajdował się tak potrzebny akt własności ziemi. Przepełniony radością i ulgą don nie kwestionował jej historii o myśleniu nad wskazówkami całą noc. Przyjął też wyjaśnienie, że męski strój założyła, nie chcąc budzić Celii o świcie. Ucałował córkę, cały rozpromieniony, i kazał odespać poszukiwania, a sam udał się niezwłocznie do Clary i Francisca. Zanim zasnęła, podekscytowana opowiedziała jeszcze swojej służącej o przebiegu poszukiwań oraz bohaterstwie capitána Enrique.

Obudziła się po kilku godzinach, blisko pory obiadowej. poinformowała ją, że don Alejandro właśnie wrócił i kazał podać posiłek, gdy tylko Emiliana wstanie. Dziewczyna ubrała suknię i zeszła pospiesznie na dół. Znalazła ojca na patio. Siedział w cieniu wielkiego, rozłożystego drzewa i popijał wino.

– Widziałem się z don Nacho, don Eduardo i – poinformował ją. – Wszyscy przekażą dobre wieści dalej. A na radość Cabrerów aż miło było popatrzeć!

Uśmiech starszego de La Vegi nie obejmował jednak oczu, które pozostawały chmurne i zamyślone.

– Coś cię trapi, mi papa – orzekła Emiliana. Don Alejandro westchnął i spojrzał na córkę.

– Widziałem się z twoim kapitanem – powiedział. Dziewczyna powstrzymała się przed przewróceniem oczami.

Mi papa, on nie jest mój – przypomniała z nutą zniecierpliwienia w głosie.

– Ludzie w pueblo mają na ten temat inne zdanie. Mówiłem ci, że z tych waszych amorów to będą same kłopoty – zagderał ojciec.

– Tato, proszę – jęknęła Emiliana. – Widziałeś się z Monastario. I co dalej?

Don Alejandro upił łyk wina, a potem potarł ręką siwą brodę.

– Nie mogę rozgryźć tego człowieka – przyznał. – Na swoich żołnierzy pokrzykiwał, aż przykro było słuchać, ale do mnie i Francisco był zupełnie grzeczny. No, do mnie, co prawda, z pewnym dystansem. Powiedzieliśmy sobie przedwczoraj trochę za dużo słów i widocznie jeszcze go to boli.

Oj, boli – pomyślała Emiliana, przypominając sobie aluzje komendanta do opinii, jakoby nie miał serca.

– Ale najdziwniejsze było, gdy przybiegł do nas Javier – ciągnął Alejandro. – Jak ten mały smyk lubi komendanta, to jest aż nie do uwierzenia! Monastario nie sprawia wrażenia kogoś, kto miałby więcej cierpliwości do dzieci, niż własnych żołnierzy, ale chłopca wyraźnie traktował z sympatią. Odciągnął go na bok, coś tam sobie we dwóch rozmawiali, jak ojciec z synem niemal.

– Ojcze. – Emiliana uśmiechnęła się. – Czy ja dobrze rozumiem, że właśnie jesteś zmartwiony, bo komendant okazał się lepszym człowiekiem, niż sądziłeś?

– Co do tego, czy on jest dobrym człowiekiem, to ja jeszcze taki przekonany nie jestem. – Don Alejandro zmarszczył brwi. – Za dużo zasłania się tymi regułami i prawem, brakuje mu natomiast zwykłego, ludzkiego współczucia. Każdy by pomyślał, że skoro ten skarb znalazł się na ziemi Cabrerów i był zakopany przez ich przodka, to powinien być własnością Francisco, prawda?

Emiliana drgnęła.

– A… a nie jest? – spytała, bardzo zdziwiona. Do tej pory była przekonana, że skarb będzie należał do Cabrerów. Sam Monastario tak Javierowi powiedział!

De La Vega uśmiechnął się z lekką ironią.

– Podobnież, zgodnie z prawem, należy do znalazcy. Tak przynajmniej twierdzi znalazca – odparł nieco kąśliwie.

Dziewczyna milczała, zaskoczona.

– Smyk Cabrerów był najbardziej zawiedziony – opowiadał ojciec. – Ale Monastario coś tam mu tłumaczył i chyba obiecał odpalić jakąś rzecz ze skarbu.

– Powinien, skoro skarb należy do znalazcy – powiedziała powoli Emiliana. – Kapitan nie odszukał go przecież sam.

– O tak, i w swoim mniemaniu dał już Cabrerom połowę skarbu jako udział Javiera. Akt własności wart tyle, ile wszystkie te świecidełka, albo i więcej.

Emiliana zamrugała. Na takie rozwiązanie nie wpadła. Ojciec uśmiechnął się trochę gorzko, jak gdyby odgadł jej myśli.

– Logiczne, prawda? I zgodne z prawem. A jednak… jest w tym coś nieludzkiego i wyrachowanego, zgodzisz się ze mną? – Napił się wina i zamyślił na chwilę. – Nie podoba mi się, jak wielką wagę ten człowiek przywiązuje do pieniędzy i majątku.

– Ale z drugiej strony – Emiliana stanęła w obronie ukochanego – to przecież dobrze, że umie je uszanować w przeciwieństwie do niektórych caballeros. – Spojrzała na ojca znacząco. – Mi papa, wydaje mi się, że kapitan kiedyś stracił majątek. Sam powiedział, że był wychowywany na ranchero, a kariera wojskowa to mu tak po prostu w życiu wyszła, i nie chciał rozwijać tematu, jak gdyby to było coś nieprzyjemnego albo wstydliwego. Myślę, że to dlatego teraz tak bardzo mu zależy na zgromadzeniu majątku. I tym razem raczej nie popełni błędu i nie pozwoli sobie łatwo na jego utratę.

Don Alejandro z namysłem gładził brodę.

– Tylko widzisz, mi hija – powiedział, spoglądając na córkę z troską. – Może popełnić inny błąd. Na przykład podporządkować zdobyciu majątku wszystko inne w swoim życiu. Nawet uczucia… jeśli wiesz, co mam na myśli.

*

Po powrocie od Cabrerów, pouczeniu Javiera o właściwej wersji wydarzeń i wydaniu stosownych rozkazów swoim ludziom, żebym zajęli się pochówkiem Ortiza i jego bandytów, Monastario obejrzał uważnie skarb. Nie będąc jubilerem, nie potrafił oczywiście w pełni ocenić jego wartości, ale miał nadzieję, że wszystkie kosztowności stanowią dokładnie taką fortunę, na jaką wyglądają. Rozważał przez chwilę położenie się do łóżka, ale koniec końców wygrała potrzeba działania. Jakby nie patrzeć, Eberardo , umierając, zostawił całkiem pokaźną hacjendę. Kapitan chciał jak najszybciej powiadomić wszystkich potencjalnych spadkobierców lichwiarza, że nie mają na co liczyć. Majątek przechodził na własność państwa.

Po południu, gdy komendant załatwił pilne sprawy, zjadł obiad i napisał raport dla gubernatora, jego biuro odwiedził don Gaspar w towarzystwie don Carlosa.

Señores. – Monastario wstał i wskazał krzesła naprzeciwko swojego biurka. – Co mogę dla was zrobić?

Zatrzymał dłużej chłodne spojrzenie na Carlosie. Nie zapomniał jeszcze, jak protekcjonalnie potraktował go podczas ich ostatniego spotkania arogancki .

Señor comandante – zaczął uprzejmie don Gaspar, gdy wszyscy usiedli. – Słyszeliśmy przykre wieści o śmierci señora Ortiza.

Monastario skrzyżował ręce na piersi i odchylił się w krześle, unosząc kącik ust w drwiącym uśmiechu.

No tak – pomyślał. – To było do przewidzenia. Trup ledwo ostygł, a ten już przychodzi węszyć, czy może dostać swój majątek z powrotem.

– Wszyscy wiemy, że señor nie miał żony ani dzieci – ciągnął don Gaspar, patrząc na kapitana znacząco. – Wobec tego chciałem zapytać, czy mógłbym odzyskać moje dawne ziemie?

– Zaskakuje mnie pan, señor – powiedział Monastario ze szczególnym uśmiechem, który nie objął jego oczu. – Jeszcze nie odbyła się ceremonia pogrzebowa, a pan już przybiega do mnie po majątek zmarłego? To wręcz niesmaczne i nieprzyzwoite.

– Nie udawaj, że nie pomyślałeś o tym samym, Monastario – warknął don . Ciemne, dłuższe włosy, niemal czarne oczy i kilkudniowy zarost nadawały mu nieco dziki wygląd bandyty. Obrazu dopełniał chrapliwy od niezliczonej ilości wypalonego tytoniu głos.

Kapitan zmrużył oczy i pochylił się do przodu, opierając dłonie na biurku.

– Trochę grzeczniej, señor – rzucił ostrzegawczo. – Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na „ty”. Mam tytuł i chciałbym, żebyś go używał.

Carlos uśmiechnął się kpiąco.

– Nie zwykłem zwracać się z szacunkiem do niżej urodzonych – odparł niedbale. Oficerowi na moment pociemniało w oczach. Zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, był już na równych nogach, a w ręku trzymał szpadę.

– Nie znasz mojego rodowodu – powiedział ochrypłym, zmienionym głosem. – A ja nie mam obowiązku ci się z niego wywodzić. Ale przywykłem uczyć szacunku tych, którzy nie chcą mi go okazać.

Carlos jak gdyby tylko na to czekał. Podniósł się leniwie i również wydobył broń.

Señores! – Gaspar zerwał się z miejsca, patrząc z przerażeniem to na komendanta, to na przyjaciela. – Błagam, bądźmy rozsądni! Przyszedłem tylko porozmawiać… tylko zapytać!

– Odsuń się, señor – odrzekł Monastario stanowczo, obchodząc biurko.

– Odsuń się, – zawtórował mu Carlos, nie spuszczając wzroku z przeciwnika. – Z gnidami nie ma co rozmawiać. Gnidy trzeba uczyć, gdzie ich miejsce.

Kapitan rzucił się na niego bez uprzedzenia. Zadźwięczała stal. Gaspar odskoczył pod ścianę, obserwując pojedynek z przestrachem. Dwaj przeciwnicy starli się ze sobą z impetem i nienawiścią. Carlos okazał się lepszym szermierzem, niż Monastario się spodziewał. Zaślepiony gniewem komendant dał się zwieść i chwilę później poczuł ostry, piekący ból w prawym ramieniu.

– Carlos! – krzyknął spod ściany . – Nie rób mu krzywdy! Przez ciebie będziemy mieć kłopoty.

– Spokojnie, amigo! – odkrzyknął ze śmiechem. – Przywrócą nam sierżanta Garcię na komendanta, a za tym przybłędą nikt nie będzie tęsknić. – Spojrzał na Monastario ze złym błyskiem w oku, z łatwością parując jego nie dość mocne pchnięcie. – Może nawet pewna señorita szybko się pocieszy – dodał.

Kapitan zacisnął zęby.

Nie daj się sprowokować – powiedział sobie. Przed oczami stanęła mu śliczna twarz Emiliany. Jeśli go zabiją, w końcu któryś z tych łotrów zdoła przekonać don Alejandro do oddania mu córki za żonę. Monastario nie potrafił zapomnieć wyrazu wdzięczności w zielonych oczach, gdy przyjechał poinformować, że jej zaręczyny z Fuentesem nie mogą dojść do skutku.

Czując, że prawa ręka słabnie, zrobił zwód, przerzucił broń do lewej i ciął od strony, od której Carlos jego ataku zupełnie się nie spodziewał. jęknął, zaskoczony, i cofnął się, dotykając dłonią boku. Wszyscy zobaczyli na jego palcach krew.

– Carlos! – Gaspar doskoczył do przyjaciela. – Amigo. – Ścisnął go za ramię.

– Nic mi nie będzie – odparł ten przez zaciśnięte zęby. Monastario stał naprzeciwko niego, oddychając ciężko, i nie opuszczał szpady. Żałował, że nie wymierzył lepiej i nie zabił aroganckiego łotra na miejscu. – Garcia! – zawołał, opierając się o biurko. Sierżant wpadł do gabinetu niemal natychmiast. Żołnierzy musiał zwabić pod jego drzwi szczęk szpad.

Świetnie – pomyślał rozdrażniony. – Byłem atakowany, a żaden z tych głupców nawet się nie zainteresował, co się dzieje. Będę miał na ten temat parę słów do powiedzenia… później.

Garcia patrzył na trzech mężczyzn ze zdumieniem.

– Sierżancie, zaprowadź señora do celi – rozkazał Monastario, wskazując Carlosa końcem szpady. Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, jak zadufany w sobie ma na nazwisko. Nie pamiętał.

Żołnierz swoim zwyczajem otworzył usta i zamrugał. Kapitan czasem miał nadzieję, że kiedyś wpadnie mu tam mucha.

Don Carlosa? – zapytał Garcia, bardzo zdumiony.

– Tak, Garcia! – warknął Monastario. – Natychmiast, i żadnych pytań! Nie mam siły się dzisiaj powtarzać.

– Ale… ale don Carlos jest ranny! – zaprotestował sierżant nieśmiało. Komendant przewrócił oczami.

– To sprowadź mu lekarza! Ale na jego koszt.

, mi capitán! – Sierżant zasalutował i wyprowadził aroganckiego , rzucając mu przepraszające spojrzenie. Oficer pokręcił głową. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek czuł wyrzuty sumienia, aresztując przestępcę. Towarzyszyło mu raczej poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

– Kapitanie, pan też jest ranny – odezwał się cicho don Gaspar. Monastario spojrzał na niego niechętnie.

– Niech pan nie udaje, że to pana obchodzi, señor – powiedział chłodno. Fuentes postąpił krok w jego stronę.

– Nie zawsze się zgadzaliśmy – przyznał. – Walczyliśmy o tę samą kobietę. Ale nie chciałem… – urwał, w zakłopotaniu wyginając palce. – Nie sądziłem, że Carlos potraktuje pana w ten sposób. Moja krzywda boli go bardziej niż mnie.

Monastario wytarł starannie szpadę, czując niepohamowaną złość. Trzynaście lat temu, w Saragossie, nikt nie ujął się za nim, gdy jego ojciec przegrał głupio cały rodzinny majątek.

Zobacz, dumny panicz Monastario już nie jest taki dumny – śmiali się za jego plecami. – Nie ma z czego być!

Przymknął oczy, zastanawiając się mimowolnie, co don Gaspar ma, czego on wtedy nie miał.

– Pewnie da pan znać , żeby osądził Carlosa? – odezwał się Fuentes niepewnie. Kapitan spojrzał na niego ostro.

Don Gaspar, napaść na komendanta podlega wojskowej jurysdykcji – odparł. – Atak na oficera królewskiej armii to właściwie zdrada względem kraju.

zbladł.

Señor comandante – wyjąkał.

– Niech się pan cieszy, że nie postawię zarzutów również wobec pana. W końcu to pan przyprowadził do mnie zamachowca, don Gaspar, i nie uczynił nic, żeby stanąć w mojej obronie – mówił Monastario, odreagowując właśnie nie tylko ostatnie zniewagi, ale i całe pasmo upokorzeń, jakie spotkało go w młodości. – A co do pańskiego zapytania, nie może pan odzyskać swojej dawnej ziemi. Majątek señora Ortiza przeszedł na własność państwa.

Gaspar zamrugał.

– Na własność państwa? – powtórzył, bardzo zdziwiony. – Ale… dlaczego?

Kapitan rzucił mu niechętne spojrzenie.

– Ponieważ tak stanowi prawo. Państwo przejmuje majątek zdrajcy.

aż otworzył usta ze zdumienia.

– Zdrajcy?

Komendantowi kończyły się skromne resztki cierpliwości.

Señor zaatakował mnie i nastawał na moje życie – wycedził. – Jak już ustaliliśmy, napaść na reprezentanta królewskiej władzy jest zdradą.

– Ja… och, nie wiedziałem, że napadł na pana – powiedział don Gaspar, marszcząc czoło. – Myślałem, że…

Monastario uniósł brwi.

– Nie zwykłem zabijać ludzi bez powodu, señor – odparł zimno.

Fuentes lekko się zmieszał.

Señor comandante, nie to miałem na myśli.

– Nieszczególnie mnie interesuje, co pan miał na myśli – powiedział kapitan z nutą zniecierpliwienia. – A teraz, jeśli nie ma pan więcej pytań, pozwoli pan, że go pożegnam. Muszę zająć się innymi sprawami. Garcia! – krzyknął ponownie. – Chodź tu, bałwanie, i przynieś bandaże!

*

Emiliana przyjechała do pueblo razem z ojcem, który miał do załatwienia kilka spraw. Pozwolił jej pójść oglądać towar na straganach razem z ich pomocą kuchenną, a sam pojechał do kowala, nieświadomy tego, że Emiliana ma z Josefiną szczególne układy. Ona przymyka oko na słabość służącej do słodyczy, a señory nie interesuje, z kim widuje się młoda señorita. Dlatego kilka chwil później, zostawiwszy Josefinę na targu z dodatkowymi pesos na nowy szal i ulubione ciasteczka, dziewczyna przekraczała bramy garnizonu. Gdy szła w stronę kwater komendanta, jeden z żołnierzy zastąpił jej drogę.

Señorita, muszę cię zaanonsować – powiedział. Emiliana skinęła głową ze zrozumieniem, ale w tym samym momencie inny wojskowy, z czarnymi wąsami i nieobecnym, sennym spojrzeniem, zbliżył się do nich.

– To narzeczona komendanta – szepnął do żołnierza konspiracyjnie, choć na tyle głośno, że señorita słyszała go doskonale. Zarumieniła się. Poczerwieniał również żołnierz i natychmiast zszedł jej z drogi.

Perdón, señorita – powiedział, zmieszany. Dziewczyna, zrezygnowawszy z tłumaczeń i prostowania wojskowych, poszła dalej. Już miała zapukać do drzwi biura, gdy usłyszała okrzyk bólu i przekleństwa, a potem głos Monastario mówiący:

– Chcesz mnie zabić, ośle?

Bez zastanowienia wpadła do środka. Przywitał ją bardzo niecodzienny widok. Kapitan siedział za biurkiem w samych spodniach i butach. Obok niego uwijał się sierżant z bandażem i bardzo zafrasowaną miną. Na blacie stała butelka napoczętego alkoholu.

Señorita Emiliana! – zawołał ze zdumieniem sierżant, wypuszczając bandaż z rąk. Monastario poderwał się na równe nogi. Najwyraźniej za szybko, bo chwilę później chwycił się kurczowo krawędzi biurka, żeby nie upaść.

– Kapitanie, wszystko w porządku? – zaniepokoiła się dziewczyna. Oficer przymknął oczy i kiwnął głową.

Don Carlos drasnął mnie w pojedynku – odparł. – A jest najgorszą pielęgniarką na świecie – dodał, patrząc na podkomendnego krytycznie. Żołnierz spuścił wzrok w zakłopotaniu i schylił się po bandaż.

Emiliana postąpiła krok w ich stronę.

– Ale to nic poważnego? – dopytała. Ze wszystkich sił starała się nie patrzeć na nagie ramiona i klatkę piersiową komendanta, a jednocześnie nie mogła się powstrzymać, żeby nie zerknąć na jego ładnie wyrzeźbione mięśnie poznaczone w kilku miejscach bliznami po ostrzach i kulach.

– Drobnostka, señorita. – Monastario uśmiechnął się lekko. – Tylko sierżant nie potrafi dobrze przewiązać rany.

Słowa wyszły z ust Emiliany, zanim zdążyła pomyśleć, co mówi.

– Proszę mi pozwolić – usłyszała własny głos. Uśmiech kapitana poszerzył się. Niezwłocznie odprawił Garcię, który z wyrazem ulgi na twarzy zamknął drzwi z drugiej strony. Señorita podeszła bliżej.

–  To dla dezynfekcji rany? – Wskazała głową butelkę alkoholu.

Si. Sierżant już przemywał – powiedział komendant pospiesznie. Dziewczyna uśmiechnęła się przebiegle i zmrużyła oczy.

–  Kapitanie, chyba nie boi się pan bólu? – zapytała, chwytając butelkę. Monastario uniósł dumnie głowę.

Señorita, to nie tak. Jestem tylko zdruzgotany, że właśnie ty chcesz mi go zadać.

Emiliana zaśmiała się.

–  To dla pańskiego dobra. Chcę być pewna, że nie dostanie pan zakażenia, a jak już ustaliliśmy, sierżantowi nie można ufać w takich kwestiach.

Polała obficie zadraśnięcie alkoholem, a komendant zaciskał zęby. Potem wzięła bandaż i z wprawą zaczęła owijać jego ramię. Usiłowała skupić się na tej czynności i nie patrzeć zbyt często na ciemne włosy porastające jego pierś. Ani tym bardziej nie wyobrażać sobie, jak to by było go tam dotykać.

– Wydajesz się mieć doświadczenie, señorita – zauważył Monastario. Uśmiechał się lekko za każdym razem, gdy podczas owijania dotykała palcami jego skóry.

– Opatrywaliśmy się czasem z bratem po pojedynkach, żeby ojciec nie wiedział, że ćwiczymy – wyjaśniła, popełniając błąd i na chwilę zerkając mu w oczy. Od jego intensywnego spojrzenia i bliskości błękitnych tęczówek zrobiło jej się gorąco.

–  Sama z półnagim mężczyzną! – pomyślała ze zgrozą. – Emiliano de La Vega, nie ma dla ciebie ratunku.

– Dlaczego walczył pan z don Carlosem? – zapytała. Kapitan odwrócił wzrok i zmarszczył brwi.

Don Carlos praktycznie mnie zaatakował – powiedział. – Przyszedł tu razem z don Gasparem. Nie mam pojęcia, po co, bo to don Gaspar miał do mnie sprawę. Don Carlos rzucał tylko prowokujące uwagi i obraził moje pochodzenie, mówiąc, że jestem niżej urodzony od niego. To nie jest coś, co mógłby puścić płazem.

Emiliana przygryzła wargę.

– Pan jest szlachetnie urodzony, prawda? – spytała. – Od razu to po panu widać. Po tym, jak pan chodzi, jak się pan wysławia.

Monastario znów na nią spojrzał. Zaskoczyło ją, ile ciepła zobaczyła w jego oczach.

– Tak jak mówiłem kiedyś tobie i twojemu ojcu, wychowywano mnie na ranchero.

Dziewczyna skończyła przewiązywać ranę. Z wahaniem położyła dłoń na nagim przedramieniu oficera.

– Co się stało, kapitanie? Czemu poszedł pan do szkoły wojskowej, zamiast ożenić się i mnożyć majątek?

Monastario uśmiechnął się gorzko.

– Nie było czego mnożyć, señorita. Mój ojciec przegrał wszystko w karty, tak samo, jak twój niedoszły narzeczony, don Gaspar. Zostaliśmy z niczym. Żadna dziewczyna nie chciała na męża bankruta. Szkoła wojskowa to było jedyne rozsądne wyjście.

Palce Emiliany głaskały delikatnie jasną skórę komendanta. Nie wiedziała, co powiedzieć. Jego nienawiść do don Gaspara nagle stała się o wiele bardziej zrozumiała.

– Ale nigdy więcej, señorita. – Monastario nakrył jej dłoń swoją. – Mam skarb Cabrery na dobry początek. Zgromadzę fortunę. Zostanę najbogatszym człowiekiem w Kalifornii i nikt już nie powie, że nie jestem równy pozostałym caballeros czy niegodzien twojej ręki.

Emiliana popatrzyła na jego przepełnioną determinacją twarz o ostrych, męskich rysach, i po krótkim wahaniu pogładziła go drugą ręką po policzku.

– To dlatego tak panu zależy na majątku? – zapytała cicho. – Żeby stać się godnym? Nie odwrotnie?

Komendant zmarszczył ciemne brwi.

– Odwrotnie?

Dziewczyna westchnęła i spuściła wzrok.

– Zanim umarł, powiedział mi: „nie spojrzałby na ciebie, gdybyś nie była de La Vegą”. – Wyprostowała się i skrzyżowała ręce na piersiach. – Zastanawiałam się, czy może przypadkiem… że może… może tak zależy panu na majątku, że chce poślubić właśnie mnie. Z powodu pozycji mojej rodziny, a nie dlatego, że… że…

Monastario wstał i ujął jej twarz w swoje dłonie. Jego klatka piersiowa znalazła się dokładnie na wysokości oczu señority i już nie było sensu dłużej udawać, że ten widok jej nie interesuje.

– Że mnie intrygujesz? – podsunął. – Że lubię twoje towarzystwo? Że chcę patrzeć, jak się uśmiechasz na mój widok? Och, señorita Emiliana. – Pogłaskał ją kciukiem po lewym policzku. – Nigdy nie wątp w moje uczucia.

Dziewczynie zaschło w ustach od jego bliskości. Mogła albo patrzeć mu w oczy i wtedy serce tłukło jej się jak oszalałe, albo spuścić wzrok i pozwalać, by fantazje wywołane jego nagim torsem radośnie przelatywały jej przez głowę. Zebrała się w sobie i odchrząknęła.

– Kapitanie – zaczęła nieco drżącym głosem.

– Tak, señorita? – zapytał z czułością.

– Myślę, że powinien pan założyć koszulę – wyszeptała, czując, jak płoną jej policzki. Monastario spuścił wzrok w bardzo udawanym zawstydzeniu. Na ustach błąkał mu się bezczelny uśmiech, a niebieskie oczy lśniły łobuzersko. Emiliana była niemal pewna, że specjalnie pozostawał rozebrany tak długo. Zapragnęła trzepnąć go w zranione ramię.

– Rzeczywiście – przyznał beztrosko. – Wybacz mi to zachowanie, señorita. – Ujął jej dłoń i ucałował niespodziewanie. – Zapominam przy tobie o całym świecie.

Mrugnął do niej i zniknął w drugim pomieszczeniu. Dziewczyna pokręciła głową, ale nie dała rady zwalczyć wypływającego jej na usta uśmiechu.

– Zapomniał pan również przy podziale skarbu między znalazców, że było ich troje, nie dwóch – zauważyła. – Javier dostał akt własności, pan kosztowności, a co ze mną?

Komendant długo nie odpowiadał. W końcu wrócił, ubrany w czystą, białą koszulę.

– Cóż, señorita, wersja wydarzeń, jaką przedstawiła señora Cabrera, nie pozwala oficjalnie uznać cię za znalazcę. Ale mam pomysł, jak możemy ten problem rozwiązać. – Podszedł bliżej, uśmiechając się bardzo znacząco. – Szeregowy Cabrera mówił, że żona to największy skarb. Może to samo można powiedzieć o mężu? – Wziął Emilianę za rękę, ścisnął delikatnie. – Zwłaszcza o mężu ze skarbem?

Dziewczynie na moment zabrakło słów. Serce znów zaczęło bić szybciej. Monastario tymczasem wyciągnął drugą dłoń, którą chował za plecami. Trzymał w palcach pierścień, ten sam, który ofiarował mu Javier, gdy jeszcze uważał skarb za swój. Wykonany ze srebra, bogato zdobiony, z kamieniem błękitnym jak kalifornijskie niebo i oczy kapitana.

Wzięła głęboki oddech i potrząsnęła głową.

– Nie – powiedziała cicho. – Nie, kapitanie, ja… ja nie mogę. Nie tak! – Ścisnęło ją w piersi na widok głębokiej urazy widocznej w jasnoniebieskich oczach komendanta. – Proszę mnie zrozumieć, señor capitán. Niczego bardziej nie pragnę, niż zostać pańską żoną. Nie ma innego mężczyzny, którego chciałabym poślubić. Ale nie mogę nosić publicznie pierścionka zaręczynowego, bo tym właśnie jest ten pierścień, gdy pan jeszcze nie poprosił oficjalnie mojego ojca o zgodę na nasze małżeństwo, i gdy całe pueblo plotkuje, że jestem pańską narzeczoną!

Monastario ścisnął mocniej jej palce.

– Niech sobie plotkują, señorita! Niech zazdroszczą. Dlaczego mielibyśmy się tym przejmować?

Emiliana ściągnęła brwi.

– Nazwisko mojej rodziny jest znane na całą Kalifornię, o czym bardzo lubi przypominać mi mój ojciec. Nie chcę być tą, która przynosi mu wstyd i hańbę, kapitanie. A pan, jako komendant, też nie potrzebuje głosów potępienia za niewłaściwe zachowanie.

Oficer prychnął z pogardą.

– Zachowanie nie ma żadnego znaczenia, señorita – oświadczył. – Tylko odpowiednia pozycja i majątek gwarantują człowiekowi szacunek i poważanie innych.

Dziewczyna zamrugała. Wyswobodziła dłoń z uścisku Monastario, odsunęła się na krok od niego.

– Myli się pan, kapitanie – odparła. – Nie wiem, jak jest w Hiszpanii, jak było w Saragossie, ale tutaj, w , patrzymy na to, jak ktoś traktuje drugiego człowieka. Tyle pan mówi o majątku, o pieniądzach. Tymczasem mój ojciec jest wobec pana tak nieufny, bo pana nie zna. Wie pan, kiedy był do pana nastawiony najbardziej przychylnie? Gdy został pan na kolacji i opowiedział o walce w oblężeniu, gdy żartował pan ze mną o książkach i mówił o swojej rodzinie. – Przygryzła na chwilę wargę, znów zrobiła krok w stronę oficera i niespodziewanie położyła mu dłoń na piersi, czując przez cienki materiał koszuli ciepło jego ciała. – Serce, kapitanie Enrique. I ja, i mój ojciec chcemy poznać pańskie serce i wiedzieć, że jest dobre. Pański majątek interesuje nas dużo mniej.

Komendant patrzył na nią spod zmarszczonych brwi i milczał. Widziała, że chyba nie do końca go przekonała.

– Muszę iść. – Westchnęła. – Ojciec wkrótce skończy załatwiać sprawy. Nie chcę, żeby wiedział, że byłam w garnizonie. Proszę pomyśleć nad tym, co powiedziałam. – Zawahała się przez chwilę, a potem złożyła szybki pocałunek na jego policzku. – I zwalniam pana z jutrzejszego treningu. Niech pan się wyśpi i odpocznie, kapitanie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *