Serce nie sługa – Rozdział 5. Cienie przeszłości

5.

Monastario wszedł do salonu i rzucił kapelusz oraz rękawiczki na stojące przy drzwiach krzesło. Skłonił się de La Vedze, a potem podszedł bliżej i z czułym uśmiechem ucałował dłonie Emiliany.

Don , , wybaczcie mi, proszę, tę porę, ale przywożę wieści, które chciałem przekazać wam osobiście.

Starszy mężczyzna zaprosił go gestem, żeby usiadł.

– Niech pan nie trzyma nas dłużej w niepewności – powiedział. – Co to za rewelacje?

Monastario swoim zwyczajem od razu przeszedł do rzeczy.

Don Gaspar został dzisiaj aresztowany – oznajmił, obserwując, jaką reakcję wywoła ta nowina u jego słuchaczy. Don Alejandro drgnął i zmarszczył lekko czoło.

– Aresztowany! – wykrzyknął. – Z jakiego powodu?

Przez śliczną twarz señority przemknął wyraz pełnej niedowierzania ulgi.

– Przeglądałem ostatnio dokumenty i odkryłem, że zalega z podatkami za ostatni miesiąc – wyjaśnił komendant.

Don Alejandro potarł siwą brodę.

– Wspominał, że potraktował go ulgowo i zgodził się pójść na drobne ustępstwo.

Monastario uniósł brwi.

– Sto pesos, señor. Tyle wynosi to drobne ustępstwo.

Ojciec i córka wymienili zdziwione spojrzenia. De La Vega chrząknął.

– Kapitanie, rozumiem, że sprawa jest poważna, ale czy areszt był konieczny? To znaczy, czy nie należało najpierw wezwać Gaspara do uregulowania należności?

– Zrobiłem to, señor – zapewnił oficer skwapliwie. – Dałem mu czas do końca tygodnia, ale don Gaspar próbował negocjować miesiąc. Argumentował, że planuje powiększyć swój majątek poprzez – tu Monastario spojrzał na Emilianę – małżeństwo.

parsknęła krótkim, pogardliwym śmiechem, i potrząsnęła głową. Don Alejandro zasępił się. Kapitan rozparł się wygodniej w fotelu, kładąc ręce na podłokietnikach. Rozkoszował się każdą chwilą rozmowy.

– To nie koniec. Dowiedziałem się, że don Gaspar ma jakiś konflikt z niejakim Eberardem Ortizem. Poszedłem do niego, przesłuchałem i odkryłem, że señor Fuentes nie byłby w stanie uiścić zaległego podatku. Ani nawet zapłacić kolejnego za ten miesiąc. Prawdę mówiąc, nie miałbym od czego go liczyć.

De La Vegowie łowili uważnie każde jego słowo. Monastario pochylił się lekko.

Señor, , don Gaspar nie posiada już żadnego majątku. Wszystko przegrał w karty z Ortizem tydzień temu.

Emiliana rozchyliła usta i zamrugała z niedowierzaniem. Don Alejandro wstał i zaczął przechadzać się przed kominkiem z rękoma założonymi za plecami.

– Jest pan pewien, kapitanie? – wybuchnął, zatrzymując się przed komendantem. – Czy pana nie oszukał? Nie można ufać lichwiarzom!

Señor – zaczął Monastario z urazą – nie przyjeżdżałbym tu, gdybym nie miał pewności. Widziałem akt własności. Majątek don Gaspara należy prawnie do Eberarda Ortiza. Jedynym człowiekiem, który kogoś oszukał, jest señor Fuentes. Czy raczej próbował oszukać, jeśli chcemy pozostać precyzyjni. Pana i pańską córkę. – Skłonił lekko głowę przed Emilianą. Dziewczyna potrząsnęła czarnymi lokami z lekkim uśmiechem. Pukiel włosów opadł jej na twarz. Monastario zwalczył pokusę, żeby wyciągnąć rękę i go odgarnąć.

– Od początku czułam, że nie oświadcza mi się z miłości – powiedziała. – Don Gaspar nie jest typem, który marzy o ustatkowaniu się.

– Ale żeby w ten sposób… – Don Alejandro przygryzł wargę. – I to mnie! Mnie, który tyle mu pomagałem po śmierci ojca! Młokos nie ma krzty przyzwoitości.

Monastario pokiwał głową z udawanym współczuciem.

– To bardzo przykra sprawa, señor. Ubolewam, że przynoszę takie wieści. Jedyne, co mogę zaoferować, to zapewnienie, że don Gaspar zostanie należycie ukarany.

De La Vega westchnął tylko.

– Nie ma pan powodu, żeby ubolewać, kapitanie – odezwała się . – Uratował mnie pan. Po raz kolejny.

Uśmiechała się z wdzięcznością. Blask kominka tańczył w jej oczach i rzucał cienie na dołeczki w policzkach. Na ten widok komendanta ogarnęło dziwne, ciepłe i ogólnie niepokojące uczucie, które do tej pory było mu raczej obce. Wstał pospiesznie.

Uciekaj, zanim będzie za późno – nakazywał instynkt przetrwania.

– Zawsze do usług. – Skłonił się przed dziewczyną. – Nie będę dłużej zakłócał wieczoru. Don Alejandro, , buenas noches. – Zrobił kilka kroków w stronę drzwi, gdy zatrzymał go głos de La Vegi.

Señor capitán.

Odwrócił się. Stary don stał dalej przy kominku i patrzył na niego z namysłem w piwnych oczach. Zerknął przelotnie na córkę, a potem znowu spojrzał na komendanta.

– Może zostanie pan na kolacji?

*

Wieczerza upływała w nadspodziewanie przyjaznej atmosferze.

– Pochodzi pan z Madrytu? – zagadnął don Alejandro, dolewając gościowi wina.

– Z Saragossy – odparł Monastario, dziękując mu skinieniem głowy. – W Madrycie kończyłem szkołę wojskową.

– Czy zawsze chciał pan zostać oficerem? – spytała z ciekawością Emiliana. Kapitan upił łyk wina i uśmiechnął się.

– Prawdę mówiąc, nie. Wychowywano mnie na ranchero. Chociaż bardzo podobał mi się mundur i broń wuja, który był podpułkownikiem.

– Dlaczego w takim razie szkoła wojskowa? – drążyła dziewczyna. Niemal niedostrzegalny cień przemknął przez twarz Monastario.

– Tak wyszło – odpowiedział po chwili, wzruszając niedbale ramionami. – Walczyłem w pierwszym oblężeniu Saragossy. Zobaczył mnie jeden z dowódców, polecił odpowiednim ludziom, a miesiąc później byłem już w Madrycie.

– Więc stanął pan do obrony miasta jeszcze jako cywil? – zapytał don Alejandro, patrząc na komendanta z pewnym uznaniem.

– przytaknął Monastario. – Po zdradzie i ataku Francuzów nie widzieliśmy innego wyboru.

De La Vega pokiwał głową.

– Walka na noże, czy nie tak? Taką odpowiedź dał dowodzący obroną Saragossy generał Palafox Francuzom, którzy proponowali miastu kapitulację – dorzucił tonem wyjaśnienia w stronę Emiliany.

Monastario uśmiechnął się ponuro.

– Osobiście odczułem to hasło bardzo dosłownie – powiedział. – I nie w sposób, który Palafox miał na myśli. Gdy wyciągnąłem mojego przyjaciela z walącego się budynku, do którego wchodzili już Francuzi, ten rzucił się na mnie. Z nożem. Pamiątka została mi do dziś. – Wskazał kciukiem dwie wąskie blizny na twarzy. Jedna ciągnęła się tuż pod prawym policzkiem od ucha niemal do nosa. Druga biegła prostopadle do niej wzdłuż pasma zarostu łączącego wąsy z bródką.

– Dlaczego pański przyjaciel chciał pana zabić, kapitanie? – zapytała nieco wstrząśnięta . Monastario obrócił kieliszek z winem w palcach.

– Bo okazał się nikczemnym zdrajcą – odparł. Oczy pociemniały mu lekko. – Zaprzedał się Francuzom.

Don Alejandro pokręcił głową z dezaprobatą.

– Nie ma gorszego postępku, niż kiedy ktoś sprzedaje własną ojczyznę – orzekł.

– Zgadzam się z panem, señor de La Vega – przytaknął kapitan i obaj wypili.

– To musiał być okropny czas – zauważył gospodarz. – Ta zdrada Francuzów po podpisaniu traktatu… Nas dochodziły tylko słuchy o tych wydarzeniach, ale pan brał w tym wszystkim udział.

Monastario patrzył przed siebie zamyślonym wzrokiem.

– Gdy armia francuska weszła do kraju, ludzie witali ich jak przyjaciół – powiedział cicho. – Sami wpuścili ich do Barcelony, którą łajdacy natychmiast zajęli. – Potrząsnął lekko głową, jakby chciał się opędzić od przykrych myśli. – Przynajmniej miałem okazję nauczyć się sztuki wojskowej w praktyce. I zapamiętać na całe życie, że na wojnie nie można ufać nikomu, jeśli chce się przeżyć. Ale! Mówimy o nieprzyjemnych sprawach w obecności señority – zreflektował się, zerkając na dziewczynę.

– Ależ to wszystko jest ogromnie interesujące! – zaprotestowała Emiliana natychmiast. – Nieprzyjemne, tak, chociaż określanie zdrady jako czegoś nieprzyjemnego wydaje mi się wielkim niedopowiedzeniem. Ale pańska opowieść jest bardzo pouczająca, a przede wszystkim  prawdziwa.

Don Alejandro patrzył na komendanta z uśmiechem.

– Widzi pan, kapitanie? Moja córka preferuje historie z życia, bez względu na to, jak krwawe i ponure by nie były. Kiedyś złapałem ją na przeglądaniu książki o wojnach w XVII-wiecznej Europie. Zapytałem, dlaczego nie czyta jednego z popularnych wtedy romansów, o których rozmawiały z przejęciem wszystkie señority. Odpowiedziała bardzo pogardliwie, że nie bawią jej wymyślone, przewidywalne opowiastki o jednym i tym samym.

– Wcale nie użyłam takich słów! – sprzeciwiła się ze śmiechem Emiliana.

– Hm, może i nie, może byłaś na nie za mała. Tak samo zresztą, jak na kroniki wojenne Europy – odparł don Alejandro z błyskiem w oku. – Ale taki był sens twojej odpowiedzi.

, skoro nie podobają ci się zmyślone historie, to wyjaśnij, dlaczego lubisz powieści przygodowe – odezwał się Monastario. Jego oczy na powrót lśniły pogodną, jasnoniebieską barwą, rzucając jednocześnie wyzwanie dziewczynie. –  Przecież nie są oparte na faktach.

Emiliana położyła dłoń na piersi.

– Nie wierzę. – Pokręciła głową. – Atakujecie mnie. Obaj! Cóż, nie zamierzam się poddać. Powieści przygodowe to zupełnie inna sprawa, kapitanie. Często są osadzone na tle wydarzeń historycznych, no i nie można tak łatwo przewidzieć ich zakończenia. Pełno tam zwrotów akcji i tajemnic do rozwiązania.

– W romansach też pojawiają się zagadki i tajemnice. I zakończenia bywają różne, nie zawsze szczęśliwe. – Monastario nie ustępował placu boju. Emiliana zmrużyła oczy.

– Czyżby czytał je pan do poduszki? Wydaje się pan znawcą gatunku – zakpiła.

– Siostra przekonywała mnie o ich wyższości nad innymi książkami – usprawiedliwił się szybko. – Nasłuchałem się jej argumentów.

Ta wzmianka sprowokowała don Alejandra do paru pytań o rodzinę kapitana, a choć Monastario nie odpowiadał wylewnie, dowiedzieli się, że jego ojciec nie żyje, matka zaś mieszka w Hiszpanii razem z siostrą komendanta, która kilka lat temu wyszła za mąż. Gdy oficer wyjeżdżał do Kalifornii, żegnał małego siostrzeńca i trochę starszą siostrzenicę. Korespondencję prowadzili raczej rzadką, więc nie wiedział, czy od jego wyjazdu rodzina się powiększyła.

Gdy pół godziny później Emiliana odprowadziła gościa do drzwi, Monastario spojrzał na nią z zadziornym półuśmiechem.

– Kpisz sobie ze mnie, , a może ja naprawdę pod mundurem kryję wrażliwą duszę poety?

Dziewczyna uniosła brwi.

– Zaczytującego się romansami w ukryciu? Nie ma szans, kapitanie. Jest pan na to zbyt praktyczny.

– Po czym wnosisz?

Emiliana przysunęła się do niego.

– Może po tym, że ktoś o romantycznej duszy rozpaczałby, a nie aresztował swojego rywala – powiedziała z błyskiem w oku. Monastario zaśmiał się dźwięcznie.

– Nie wiem, o czym mówisz, . Don Gaspar siedzi za dług wobec państwa.

– Skoro pan udaje, że tak jest, ja mogę udawać, że panu wierzę.

Komendant ucałował jej dłonie, ściskając je w swoich chwilę dłużej, niż było to konieczne.

– Do zobaczenia jutro, . Nie zaśpij na trening.

Gdy Emiliana, cała uśmiechnięta i zarumieniona, wróciła do siedzącego w salonie ojca, ten spojrzał na nią trochę czule, a trochę bezradnie.

– Wiem już, czemu go lubisz – powiedział. – Och, na miłość boską, miej trochę przyzwoitości i przestań patrzeć na mnie z takim triumfem. Nadal potrzebuję więcej czasu!

*

– Prosta ręka! Nie cofaj! Teraz wypad. Na miłość boską, mniejszy, bo stracisz kontrolę i równowagę! O, tak dobrze. I pchnięcie. O to chodzi!

Monastario obserwował z boku postawę i ruchy Emiliany, wydając odpowiednie komendy. Ubrana w męski strój dopasowany do jej zgrabnej figury, z czarnymi włosami spadającymi na plecy i determinacją na twarzy, stanowiła wspaniały i niezwykle rozpraszający widok, i kapitan musiał się bardzo starać, żeby skupić uwagę na fechtunku.

– No, teraz było podręcznikowo – pochwalił. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się szeroko. – To jeszcze raz, ale już ze mną.

Jej promienny uśmiech nieco przygasł. Zastąpiło go pełne skupienie. Monastario widział, że dziewczyna nie chce go rozczarować, i pochlebiało mu to. Stanął naprzeciw niej, skrzyżował szpady i znów musiał przywołać się do porządku, żeby skoncentrować uwagę na jej ruchach, a nie przymrużonych, ciemnozielonych oczach czy lekko rozchylonych ustach.

Ona nawet nie wie, jak skutecznie może rozproszyć przeciwnika! – przemknęło mu przez głowę. Walka z kobietą okazywała się trudniejsza, niż przypuszczał, z powodów, których dotąd nie brał pod uwagę.

Wczoraj po powrocie do garnizonu Monastario długo jeszcze pił orujo i powtarzał sobie, że głównym powodem, dla którego chce poślubić Emilianę de La Vegę, jest majątek i wysoka pozycja jej rodziny, a nie żywy umysł dziewczyny czy urocze dołeczki w policzkach. To były jedynie miłe dodatki.

– Atakuj, ! – nakazał. Emiliana zastosowała się do polecenia wzorowo, ale komendant zastawił się z łatwością.

– Nieźle – powiedział, opuszczając szpadę. – Dobre tempo i praca nóg, prawidłowe ruchy, ale za mało agresywnie. Musisz chcieć mnie zaatakować, . Musisz chcieć zrobić mi krzywdę.

Potrząsnęła kaskadą czarnych włosów.

– Nie wiem, jak to zrobić, señor capitán – odparła, oddychając ciężko. – Nie umiem znaleźć w sobie uczuć, których nie posiadam.

Monastario uniósł brwi.

– A gdyby to don Gaspar stał na moim miejscu? – zapytał wyzywająco z podstępnym uśmiechem. Emiliana zaśmiała się, trochę rozbawiona, a trochę zgorszona.

– Nie zaszczycę tej prowokacji odpowiedzią – odparła z godnością. Oficer wpatrywał się w nią bez słowa, bezczelnie uśmiechnięty. Dziewczyna zmrużyła oczy i nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, wykonała szybki wypad i pchnięcie. Zaskoczony komendant ledwo zdążył sparować jej cios.

– Brawo, ! – zawołał ze szczerym uznaniem. – Dokładnie o to chodziło.

– Jest pan niemożliwy. – Pokręciła głową, ale widział na jej twarzy zadowolony uśmiech.

– Po prostu przygotowuję cię do prawdziwego pojedynku, gdzie przeciwnik nie wzbudzi w tobie ciepłych uczuć. Miejmy nadzieję – dodał, chowając szpadę. Zaróżowione z wysiłku policzki Emiliany pociemniały jeszcze, jak zawsze, gdy robił aluzję do sympatii, jaką konsekwentnie mu okazywała. Sam nie wiedział, po co ją prowokował. Nie potrzebował potwierdzenia, że de La Vega jest nim zauroczona, widział to od początku. A jednak uzyskiwanie kolejnych dowodów jej uczuć sprawiało mu dużą przyjemność.

Podszedł do swojego śnieżnobiałego rumaka.

– Skoro moja strategia okazała się taka skuteczna, to może przywiozę don Gaspara na następną lekcję? – rzucił drwiąco przez ramię. prychnęła z niedowierzaniem, odwiązując od drzewa swojego konia.

– W charakterze worka treningowego, jak rozumiem? – spytała domyślnie. Monastario niewinnie wzruszył ramionami.

– To mogłaby być kara za oszustwo – odparł, dosiadając konia. Dziewczyna wspięła się na siodło i zmarszczyła ciemne brwi.

– Chyba dla mnie – orzekła. Ruszyli zboczem pagórka w stronę głównego traktu.

– Jutro o tej samej porze? – odezwał się kapitan. Emiliana spojrzała na niego z przebiegłym uśmiechem.

Si, ale pod jednym warunkiem. Bez don Gaspara.

Oficer błysnął zębami w uśmiechu i skłonił głowę w parodii ukłonu.

– Tak jest, comandante.

Odpowiedzią był dźwięczny śmiech dziewczyny.

*

Dobry nastrój Monastario jak zwykle nie mógł trwać długo. W garnizonie powitał go widok alcalde i dwóch donów, których usiłował powstrzymać przed wtargnięciem do gabinetu swojego przełożonego.

Señores, cierpliwości, bardzo proszę! – mówił. – Señor comandante wróci lada chwila, a jeśli zobaczy, że ktoś był w jego kwaterze bez pozwolenia, czeka mnie sąd wojskowy.

– Oraz egzekucja – wtrącił Monastario, zsiadając z konia i kiwając sierżantowi głową z aprobatą. – Buenos días, señores! O co chodzi?

Señor comandante, przyszliśmy w sprawie don Gaspara – odezwał się alcalde, szarpiąc lekko swoją długą, białą brodę. Kapitan westchnął ciężko.

– Powinienem się domyślić. – Otworzył gabinet i wpuścił gości do środka. Z niewiadomych przyczyn Garcia szykował się, żeby wejść razem z nimi, ale Monastario zatrzasnął mu drzwi przed nosem.

– Dlaczego nie powiadomił mnie pan, kapitanie, o aresztowaniu don Gaspara? – Miejscowy sędzia od razu przeszedł do rzeczy. – Jako alcalde tego mam prawo i obowiązek wiedzieć…

– Nie zdążyłem – przerwał mu komendant. – Prowadziłem wczoraj śledztwo w sprawie señora Fuentesa. Uznałem też, że najpierw należy poinformować don Alejandra o intrydze wymierzonej w jego rodzinę, a także zapewnić go, że została przeze mnie udaremniona.

Jeden z donów parsknął krótkim śmiechem.

Don Alejandra? Chyba raczej jego córkę – zadrwił. Monastario zacisnął usta.

– Co pan sugeruje, señor? – wycedził. Rozpoznał w bezczelnym rozmówcy don Carlosa, pasjonującego się końmi i wyścigami , który przyjaźnił się blisko z Fuentesem.

– Zamierzał więc pan mnie powiadomić? – spytał alcalde, zanim don zdążył odpowiedzieć.

– Oczywiście, señor – odparł Monastario z urazą. – Dług wobec państwa podlega wojskowej jurysdykcji, ale próbę oszustwa mieszkańców osądzi pan, naturalnie. – Obszedł biurko, odgradzając się nim od trzech caballeros. – Nie wiem, czy panowie zdają sobie sprawę, za co señor Fuentes został aresztowany?

– Za zaloty do niewłaściwej señority – mruknął don , ale drugi z donów rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie.

–  Si, opowiadał nam, jak lekkomyślnie zastawił kilka rzeczy u Eberarda Ortiza, żeby spłacić długi swojego ojca, a potem nie miał jak ich wykupić i próbował przedłużyć termin – powiedział. Był to siwy don Eduardo, ten sam, któremu Monastario ukradł pierwszy taniec z Emilianą na swoim powitalnym przyjęciu. – Tłumaczył, jak namówił go podstępnie na grę, jak on sam stracił głowę, przegrał cały majątek, a potem nie wiedział, co robić. Señor comandante, ile zaległego podatku jest panu winien don Gaspar? Chcielibyśmy uiścić tę należność.

Monastario nie wierzył własnym uszom. Ci leniwi, bezużyteczni caballeros, dbający tylko o majątki i małżeństwa między swoimi rodami, stawali teraz murem za jakimś idiotą, który głupio przegrał wszystko, co posiadał.

Dlaczego? – miał ochotę spytać. – Czym sobie zasłużył na wasze wsparcie? I gdzie byli tacy ludzie dziesięć lat temu, w Saragossie, gdy to ja zostałem z niczym przez głupotę własnego ojca?

– To nie będzie konieczne, señores – powiedział chłodno. – Señor wygrał majątek señora Fuentesa jeszcze w zeszłym tygodniu. Wszedł w jego posiadanie razem ze wszystkimi długami. To on zapłaci zaległy podatek.

Don Carlos, don Eduardo i alcalde wymienili zaskoczone spojrzenia.

Señor capitán – zaczął ostrożnie lokalny sędzia. – Dlaczego wobec tego trzyma pan jeszcze don Gaspara w więzieniu?

Monastario uniósł brwi.

– Ponieważ czeka tam na pański wyrok – odparł niecierpliwie, jakby to było coś oczywistego.

– Ach, w takim razie może go pan zwolnić z aresztu. Nakażę don Gasparowi oficjalne przeprosiny rodziny de La Vegów.

Komendant parsknął z niedowierzaniem.

– Naprawdę, señor? – zapytał, nie kryjąc pogardy. – To jest, pana zdaniem, odpowiednia kara za tak nikczemną próbę oszustwa?

– A co pan by proponował, señor comandante? – spytał wyzywająco don Carlos. Monastario zauważył, że wypowiada jego tytuł z wyraźną ironią. Oparł dłonie na biurku, pochylił się i zmrużył oczy.

– Może karne prace, żeby nauczył się szacunku do posiadanych dóbr?

Alcalde i don Eduardo wymienili zdumione, zaniepokojone spojrzenia. Don pokręcił tylko głową z krzywym uśmiechem, zupełnie jakby nie spodziewał się po komendancie niczego innego.

– Ależ señor capitán – perswadował miejscowy sędzia. – To zbyt surowa kara za próbę oszustwa. Sami złamalibyśmy wtedy prawo.

– Rozmawiałem rano z Alejandrem – wtrącił don Eduardo. – Jest rozczarowany zachowaniem Gaspara, ale zadowolą go szczere przeprosiny i skrucha. Podobnie jak ja uważa, że utrata całego majątku i związane z tym poniżenie są wystarczającą karą.

Palce Monastario bezwiednie zwinęły się w pięści.

To ma być poniżenie? – pomyślał z wściekłością. – Wszyscy caballeros wstawiają się w jego sprawie i chcą regulować długi. Bałwan nigdy nie pozna smaku upokorzenia! Nie zobaczy, jak wszyscy, którzy do tej pory patrzyli na niego z szacunkiem i podziwem, nagle wytykają go palcami…

Alcalde odchrząknął.

Señor comandante?

Kapitan podniósł głowę. Trzej mężczyźni patrzyli na niego wyczekująco, przy czym don uśmiechał się kpiąco, oczywiście.

– Pan decyduje o jego karze, señor alcalde – odparł Monastario nadspodziewanie obojętnym tonem. Ni stąd, ni zowąd poczuł się bardzo zmęczony. – Ja mogę jedynie wyrazić swoje zdanie.

Sędzia wpatrywał się w niego przez chwilę.

– W takim razie nakazuję uwolnić więźnia – oznajmił. – Sam poinformuję go o konieczności oficjalnych przeprosin.

Komendant skinął krótko głową, przeszedł przez gabinet i otworzył na oścież drzwi.

– Garcia! – warknął. – Pójdziesz z señorem alcalde i uwolnisz więźnia.

Zdezorientowany żołnierz zamrugał.

– U-uwolnić…? – Rozpromienił się nagle i wyprężył w salucie. – Sí, mi capitán!

Monastario przewrócił oczami.

– Jeśli to wszystko, chciałbym wrócić do pracy – zwrócił się do trzech caballeros. Alcalde ukłonił się i założył kapelusz.

– Dobrego dnia, señor comandante. – Minął kapitana i poszedł razem z Garcią w stronę celi Fuentesa.

Don Eduardo, wychodząc, zatrzymał się jeszcze przed oficerem.

– To strasznie przykra sprawa, señor capitán – powiedział. – Cieszę się, że nie dał się pan ponieść emocjom i ustąpił. – Niespodziewanie położył komendantowi rękę na ramieniu w niemal ojcowskim geście. Monastario był tak wstrząśnięty, że nie zareagował. Starszy don ścisnął go, w swoim mniemaniu pewnie pokrzepiająco, i również wyszedł. Don podążył za nim, ale odwrócił się tuż za progiem i spojrzał na kapitana z pełnym wyższości, triumfalnym uśmiechem.

– Widzisz, Monastario? – powiedział cicho. – W tym nie wysyłamy do kopalni ludzi, którzy ośmielili oświadczyć się dziewczynie, do której ty wzdychasz.

Blady ze złości komendant postąpił krok w jego stronę. Prawa ręka spoczęła na rękojeści szpady.

– Uważaj, señor – wyszeptał ostrzegawczo. – Znajdę sposób, żebyś zapłacił za swoje słowa.

Don uśmiechnął się wyzywająco w odpowiedzi.

– Próbuj, panie oficerze. Nie mogę się doczekać. –  Odsunął się i uchylił kapelusz w parodii pożegnania. – Za mną staną murem wszyscy caballeros, a ty jesteś sam.

*

Monastario odreagował konfrontację z alcalde i dwoma haciendados, szukając sposobów na poszerzenie swojej władzy w . Niepotrzebnie chciał być taki praworządny. Mógł przecież zatrzymać Fuentesa w więzieniu pod pozorem kary za zwłokę w zapłaceniu podatku. Do diabła, może nawet udałoby się wysłać go do kopalni pod takim zarzutem! Ale teraz wszystko przepadło. Jeśli aresztuje głupca raz jeszcze, zrobią mu tu rebelię.

Potrzebował prawnika. Kogoś, kto będzie na tyle biegły w przepisach, żeby usprawiedliwić wszystkie jego decyzje. Wtedy alcalde i reszta donów może sobie protestować, ile dusza zapragnie. On będzie chroniony. I tak się składało, że Monastario znał odpowiedniego człowieka. Zasiadł przy biurku i już brał do ręki pióro, gdy zaanonsował Eberarda Ortiza. Mając na uwadze dodatkowe sto pesos, które przecież nigdy nie trafiłyby do wicekróla, skoro podatek za ubiegły miesiąc został zebrany i odesłany, komendant kazał wpuścić lichwiarza.

– Cieszy mnie, że nie zwleka pan ze spłatą należności wobec państwa, señor – przywitał właściciela lombardu. Eberardo Ortiz uśmiechnął się nerwowo samymi kącikami ust i przygładził zaczesane do tyłu, czarne, dłuższe włosy.

– Tak, przychodzę w tej właśnie sprawie, señor comandante – zaczął. Monastario zmrużył oczy i skrzyżował ręce na piersi.

– Ma pan pieniądze? – zapytał krótko, a w jego głosie zabrzmiały ostrzegawcze nuty.

– Mam coś lepszego, kapitanie – odparł Ortiz. – Propozycję, która na pewno spodoba się panu bardziej, niż drobiazg w postaci stu pesos. Jeśli oczywiście zgodzi się pan jej wysłuchać.

Komendant mierzył go przez chwilę wzrokiem. W końcu westchnął z rezygnacją.

– Niech pan mówi w takim razie, nie mam całego dnia. – Siadł ponownie za biurkiem, wskazując właścicielowi lombardu krzesło naprzeciwko siebie. Ortiz skwapliwie skorzystał z zaproszenia.

– Czy zna pan rodzinę Cabrera, kapitanie? – zapytał. – Francisco Cabrera, jego żona Clara, trójka jeszcze małych dzieci. Mieszkają blisko de La Vegów, właściwie po sąsiedzku. Mają sporo ziemi, stada bydła, piękną hacjendę…

– Po co mówi mi pan to wszystko? – przerwał zniecierpliwiony Monastario. Ortiz uśmiechnął się w odpowiedzi.

– Ponieważ ta ziemia, z której się utrzymują i na której zbudowali dom, wcale nie należy do nich – wyjaśnił. – W każdym razie nie oficjalnie.

Komendant zmarszczył brwi.

– Jak to?

– Są tam przez tak zwane zasiedzenie. Pradziadek Cabrery osiadł na ziemi niczyjej, którą potem przekazał swoim dzieciom, i w ten sposób wszyscy przywykli, że ta rodzina tam mieszka. Ale Francisco Cabrera nie ma żadnego dokumentu potwierdzającego nadanie im terenu na własność.

Monastario potarł starannie przystrzyżoną, kozią bródkę w zamyśleniu.

– Czego pan ode mnie oczekuje, señor Ortiz? – zapytał, patrząc lichwiarzowi prosto w oczy. Ten uniósł brew.

– Ufam, że przedstawiciel króla nie będzie patrzeć obojętnie, jak byle peon przywłaszcza sobie ziemię, która należy do królestwa Hiszpanii, nie płacąc za nią ani peso, i szczyci się potem mianem ranchero i haciendado, chociaż nie zasłużył na żadne z nich.

Komendant odchylił się w krześle i skrzyżował ręce.

– Chce pan, żebym wyrzucił całą rodzinę na bruk – bardziej stwierdził niż zapytał. Ortiz przyjął identyczną postawę.

– Chcę, aby sprawiedliwości stało się zadość – odpowiedział. Monastario pokręcił głową. Pochylił się z powrotem w stronę swojego gościa, oparł łokcie na biurku.

– Jaki ma pan w tym interes, señor? – spytał. Właściciel lombardu unikał jego wzroku, rozglądając się po gabinecie.

Señor Cabrera zastawił u mnie pewną rzecz – odparł.

– Niech zgadnę: zbliża się termin wykupu, a pan nie chce jej oddawać – domyślił się komendant. Ortiz spojrzał na niego i uśmiechnął się niewinnie.

– W obliczu utraty całego majątku señor Cabrera będzie miał poważniejsze zmartwienia, niż wykup starego pucharu, prawda?

– A po co panu czyjś stary puchar? Nigdy nie wziąłbym pana za kolekcjonera stołowej zastawy, señor – zakpił Monastario. Lichwiarz nadal uśmiechał się spokojnie i tylko nerwowe drgnienie powieki zdradziło, że nie planował ujawniać swojemu rozmówcy, czego nie chce pozwolić wykupić Cabrerze.

– Powiedzmy, że puchar ma dla mnie wartość sentymentalną, señor capitán. To co, przyznaje pan, że moja informacja jest warta więcej niż sto pesos?

Komendant zastanowił się i znów skubnął w namyśle brodę. Rancza i hacjenda w sąsiedztwie posiadłości de La Vegów, które oficjalnie przejdą na własność państwa i pod opiekę Monastario jako reprezentującego królewską władzę w Los . Kapitan kupi je potem od królestwa jako osoba prywatna, chociaż nigdy nie dojdzie do prawdziwej transakcji, bo skoro dotąd nikt nie zainteresował się tym terenem, dlaczego teraz miałby? Ale komendant, w przeciwieństwie do głupiego Cabrery, zadba o takie szczegóły jak akt własności. Niech tylko jego znajomy prawnik z Meksyku tu przyjedzie. Wtedy dokument będzie wystawiony, a Monastario prawie legalnie wejdzie w posiadanie majątku, który na pewno przekona Alejandra de La Vegę do oddania mu córki za żonę.

Złowieszczy uśmiech kapitana nie wróżył nic dobrego. Jasnoniebieskie oczy pozostały zimne i lśniły okrutnie.

–  Jeśli jest tak, jak mówisz, i Francisco Cabrera nie wydobędzie nagle aktu własności spod ziemi, możemy zapomnieć o stu pesos, señor – oznajmił.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *